Nie no poprostu super!! =='
Miało byc tak cudownie...wszystko się zaczęło układać w jakiś tam sposób...ale znowu wszystko runęło...
dlaczego??
Ludzie to naprawde parszywe istoty....
Od Ciebie domagają sie pomocy i ją dostają...ale jak ty czegoś potrzebujesz to wypinają się do ciebie DUPĄ!
Tak dupą...i jeszcze wystawią tak blisko ,że czujesz wszystko...
loool...
Jestem zła i rozżalona...
Nie mam ochoty już na nic...
jestem bezsilna...
Było w niedziele super...doszło do naszego spotkania z Patrykiem...czułam się jak w niebie jak go porwałam na te 30 min...
choc na poczatku nie wiedzialam jak się mam zachowywać...
Tulił mnie głaskał po twarzy i rączce... jak w bajce... Myślałam ,że jest ok...
ale nie..
niestety widzę ,że się myliłam...
w Poniedziałek mój tato dostał 2 ataki Padaczki.....
Pierwszy dostał koło godziny 11 przy Tucholi gdzieś...w rudzkim moście.. jakoś tak...
dostał silnego ataku padaczki za kierownicą jadąc do pracy....
tzn był w pracy ale jechał do sklepów...bo jest przedstawicielem handlowym...
Z tego co ludzie opowiadali i on z tego co pamięta....to miał przeogromne szczęście ,że przezył!!
Świadkowie opowiadają, że jechał lewym pasem, potem środkiem i tak bujał się z jednego krawężnika do drugiego.... co najlepsze...przejechał tak bardzo spory kawał....
tato uderzył w koncu w barierkę czy tam słupek....i znaleziono go nieprzytomnego..
Z tego co on pamięta....a pamięta niewiele to opowiadał ,że rano miał jakieś dziwne zaniki pamięci... i że pamieta tylko jak zawróciłpo coś tam...że pojechał nie w tym kierunku co powinien..
Najlepsze jest to ,że okazało się ,że z Tucholi pojechał do Świekatowa ...czego totalnie nie pamięta...ale wyczytał z zapisywanych raportach na ipacu... nieźle... włączył mu się autopilot w mózgu i jechał 40 km bez żadnej świadomości!!!
Potem atak i ten wypadek....
Jezu...dobrze ,że jest cały...
Przegryzł sobie język trochę, wargi, pewnie się gdzies uderzył...
uhh...
przyjechało pogotowie i zawiozło go do Chojnic....
Jestem wściekła na lekarzy i to strasznie!!!
Bo ponoć coś mu dali w karetce...
trzymali go tylko 2 godziny po całym wypadku... i puścili do domu loool... gdzie on nie miał badań żadnych pod kierunkiem epilepsji..gdzie mama wspominała o tym ,że on na to choruje!!
Nic...nawet nie zbadali czy nie ma wstrząśnienia, żaden rezonans...prześwietlenie.. NIC!!
Jak siedziałam w domu...to patrze ,że matka z ojcem przyjechali...wiedziałam ,że coś nie halo...
Matka pod nosem zamruczała ,że ojciec miał atak... popłakałam się...
bałam się jak cholera..
położył się spać...ale coś mnie niepokoiło...
miałam takie dziwne przeczucie...
Jak szłam do łazienki...on leżał na moim łóżku....powinien spać...a miał otwarte oczy i gapiły się dziwnie w jeden punkt.... potem znów oczy zamknał na chwile...i otworzył...
nie spał nic...
To było dziwne..
Matka zapewniała ,że bedzie wszystko ok już...
ja wiedziałam ,że nie...
jechałam z matka do sklepu bo bałam się zostac w domu z Kubą...
wróciłyśmy po 30 min....
Kuba cos powiedział ,że ojciec zakomunikował pójście do kibelka...nizdarnie się potykając i chwijąc....
olałysmy to ,bo myślałyśmy ,że może byc juz ok.
Po 2 godz odkad przyjechał....mama poszła do niego sie zapytac ,czy załatwic mu zwolnienie z pracy na ten okres ....
Ponoć ją pogłaskał po ręce i się zaczeło....
Boże drogi... jak sobie to przypominam .... za każdym razem mam ciarki i ogarnia mnie strach....
Byłam wtedy z kubą w dużym pokoju....jedliśmy pizze taką ze sklepu... i słyszymy to przeraźliwe wycie...
takie wycie jak z horroru....nie wiem do czego porównać....
ale wciąż słyszę to w głowie....
Ja wpadłam w panikę....zaczęłam chodzić z jednego punktu w drugi punkt i tak na zmiane...ręcę mi się trzęsły jak nie wiem co....
od razu wykręciłam 112....
ale tak długo czekałam aż ktoś odbierze ,że w drugiej komórce wykreciłam 999.... i czekałam ,kto pierwszy odbierze....
Mama trzymała ojca.... Kuba przyszedł i ze spokojem w głosie zapytał w czym jej ma pomóc....zachował się jak bohater...jak dorosły facet....
mimo tego ,że się strasznie bał....
po zgłoszeniu ataku na pogotowie...przyszłąm zobaczyc co sie dzieje z tata....
ślina mu ciekła z ust.... oczy miał takie wyłupiaste.... tak się trząsł...ale widać ,że próbował sam się uspokoić...
zeszłam na dół na klatke i czekałam aż przyjedzie karetka....
zadzwoniłam do patryka ,żeby miec wsparcie...myślałam ,że trochę się uspokoję...
starał mi sie jakoś pomóc... potem zapaliłam papierosa...i rozłączyłam się, bo nadjeżdzała karetka...
tacie dali zastrzyk z czegos tam co uspokaja i usypia....i przerywa atak oraz zapobiega ponownemu...
nie wzieli go do szpitala.... co mnie zdziwilo...
jestem oburzona ,że go nie wzieli...
my w nocy nie spalismy ani godziny....
miałam zamknięte oczy...ale każdy szmer stawiał mnie na równe nogi...
byłam wycięczona...
od tamtego czasu boję się o Tate....boję się ,że w każdej chwili moze dostać ataku...
prosilam przez telefon patryka ,by przyjechał i mi pomógł...przy nim tylko czuję się bezpieczna i tylko na nim moge polegać...
nawet kupiłam mu ulubioną herbatkę w zamian ...
niestety teraz w weekend nie da rady...bynajmiej tak powiedział...ale jak juz prosiłam go o poniedziałek...to gadał mi ze bardzo chce...ale... ale własnie to ale mnie doprowadza do szału....
ale zobaczy co powie na to terapeuta....wiec wiem ,że ma mnie w dupie...
bo gdyby chciał...jechałby albo od razu...albo nie byłoby zastanawiania się nad tym czy mu sie chce...
jestem zła i smutna z tego powodu...liczyłam na jego pomoc...a teraz musze liczyc tylko na siebie...
jak zawsze ...
dlaczego ludzie sa tacy okrutni....
ja bym do patryka przyjechala w piec minut w takiej sytuacji...
on jest dla mnie wazny a ja widocznie jestem gdzies tam z tyłu...za jego kolegami...
loool...
płakać mi się chce...i chce zniknąć z tego zycia...
nie moge sobie ze wszystkim sama radzic...
nie mam juz siły...
mówie to całkiem powaznie....chce uciec stad...daleko...
jestem sama... jak palec...
wiecie to mnie boli najbardziej...
osoba ,która kochasz...która ciebie kochała...albo kocha nie wiem jak tam jest u niego...Nie chce tobie pomóc w tak ciężkich chwilach... nie podnosi ciebie na duchu...nie poda pomocnej dłoni... tylko wbija dodatkowo Ciebie w ziemię...
Jakbym umarła to wiem ,że moge sie liczyc z takim...jego niieee wiem ...nie bedzie wiedzial czy mnie pozegnac ten ostatni raz czy nie...
oczywiscie nie zamierzam umierac...
ale wycięczę się ...
umarłam juz doszczetnie w srodku....
Czy istnieje ,ktoś komu zalezy na mnie i moim bezpieczeństwie...i chciałby mnie wspierac w takich chwilach???
Nie ma chetnych...
jest mu smutno...ale musze udawac wesołą by tacie nie pokazać, że coś złego sie dzieje....jeszcze sie zdenerwuje i bede miec powtórke z rozrywki...
eh...
Kocham Cię Patryk.........